Opowiadania



The Tell-Tale Heart
Edgar Allan Poe

tłumaczenia:
Lucjana André
Bolesława Leśmiana



Zdradzieckie serce
Edgar Allan Poe

tłumaczenie:  Lucjan André

         To prawda! Nazbyt żyłem podówczas, jak i dziś żyję - nerwami, ale dlaczego miałbym być obłąkany? Choroba wysubtelniła zmysły, ale ich nie zniszczyła, nie przytępiła. Przede wszystkim słuch mój, wtdelikacony, stał się nadwrażliwy. Słyszałem wszystko, co działo się w niebie i na ziemi, a także wiele ze zdarzen piekielnych. Czy można jednak nazywać to obłąkaniem? Posłuchajcie jak rozsądnie i spokojnie potrafię wyłożyć całkowity przebieg wypadków.

         W jaki sposób pierwsza myśl zrodziłasię w mym mózgu, powiedzieć nie umiem; ale raz powzięta, prześladowała mnie dniem i nocą. Nie miałam w tym specjalnego celu, nie nienawiść skłaniała mnie do tego. Lubiłem nawet tego starca. Nigdy nie wyrządził mi przykrości, nigdy nie obraził ani słówkiem. Nie skusiło mnie również jego złoto. Ot, poprostu drażniło mnie jego oko. Tak było z pewnością! Jedno jego oko - podpbne do oka sępa - miało barwę blado-niebieska i było okryte błoną. Gdy spoglądał tym okiem na mnie, czułem, że mi się krew ścina w żyłach. I tak oto, pod wpływem tego oka, w duszy mojej powoli powstawał i dojrzewał plan zabicia starca. Za wszelką cenę musiałem się od tego oka uwolnić.

         Oto dlaczego uważają mnie za wariata. Ale wariaci działają bez zastanowiena. Ja zaś planowo brałem się do dzieła - z osttrożnością i przeświadczeniem przystąpiłem do wykonania mojego zamiaru. Nigdy nie byłem bardziej uprzejmy dla tego starca, jak podczas ostatniego tygodnia przed morderstwem. Co noc, około północy skradałem się pod jego drzwi, kładłem rękę na klamce i otwierałem je - cicho, powoli! A gdy były już otwarte dość szeroko, gdy mogłem wsunąć głowę przez szparę, wydobywałem ślepą latarkę.

         O, gdyby mnie ktoś wtedy widział, pewnie by się aż roześmiał, tak ostrożnie i zręcznie wyciągałem szyję i tak podstępnie i bacznie to czyniłem! Bardzo, bardzo powoli wysuwałem ją w przód, byle tylko nie zbudzić starca ze snu. Trwało to całą godzinę... Wreszcie wsuwałem głowę, tak, że mogłem już widzieć go leżącego na łóżku. Czy obłąkany mógłby okazać tyle cierpliwej ostrożności? A kiedy głowa moja wniknęła do wnętrza pokoju, uchylałem zasłony latarni cicho, ostrożnie, aby zawiasy nie zaskrzypiały zbyt głośno. Uchylałem je o tyle tylko, by jeden, jedyny promyczek mógł paśc na sępie oko starca. Powtarzało się to w ciągu siedmiu nocy, za każdym razem około dunastej. Oko jednak znajdowałem zawsze zamknięte, nie mogłem zatem zabrać się do dzieła, bo przecież nie starzec, lecz jego chore oko gniewało mnie. Co dzień o świcie wchpodziłem potem zuchwale do jego pokoju, przemawiałem do niego serdecznie, nazywając po imieniu i dowiadywałem się, jak przespał noc. Musiałby chyba być bardzo podejrzliwy, gdyby miał bodaj przeczucie mych myśli, z jakimi obserwowałem go o północy, śpiącego. Tak nadeszła ósma noc z rzędu. Otworzyłem drzwi, z większą jeszcze, niż zwykle ostrożnością. Sekundowa wskazówka zegara nie porusza się wolniej, niż poruszałem ręką. Nigdy jeszcze nie byłem tak przeświadczonny o swych zdolnościach i bystrości umysłowej. Było to powodem takiej radości, że ledwie ja mogłem opanować. Pomysleć tylko! Stałem na progu mego mieszkania, otwierałem drzwi powoli, coraz szerzej i szerzej, a jemu nawet we śnie nie marzyło się mym tajemnym działaniu! O! Na tę myśl zmuszony byłem roześmiać się w duszy. A może mnie mimo to usłyszał? W tej samej chwili poruszył się na łóżku, jak gdyby wystraszony. Pomyslicie, że uciekłem? Ależ skąd znowu! W pokoju było zupełnie ciemno, bo z obawy przed rabusiami pozamykał okiennice. Wiedziałem więc, że nie dostrzeże otwierania drzwi i z usilną wytrwałością starałem się otwierać je coraz to szerzej. Wreszcie wsunąłem zupełnie głowę i miałem akurat zamiar odsunąć zasłonę latarni, gdy wtem ześlizgnął mi się palec z cynowego haczyka. Starzec podniósł się na łóżku.
        -Kto tu? - zawołał.
Zachowałem zimną krew. Nie odpowiedziałem. Przez całą długą godzinę ledwo oddychałem i nie drgnąłem nawet rzęsami; przez cały czas cisza panowała taka, jak gdyby starzec położył się znowu. On jednak siedział na łóżku i słuchał. Zupełnie jak ja przysłuchiwał się kołatkowi toczącemu drewnianą ścianę.

         Nagle usłyszałem coś, jakby ciche stękanie. Poznałem w tym spazm śmiertelnego strachu. Nie był to jęk bólu i rozpaczy. Był to ów głuchy, stłumiony dźwięk, jaki wydziera się z głębi przejętej strachem duszy. Aż nadto dobrze znam to bolesne westchnienie. Nieraz, gdy o północy wszystko w głębokim śnie spoczywało, wydobywało się ono z mej własnej piersi, aby ściśnieniem straszliwym powiększyć jeszcze lęk, pozbawiający mnie przytomności. Powiadam: znałem je i wiedziałem co ten starzec odczuwał. Żal mi go było, choć cieszyłem się w duszy. Wiedziałem, że od pierwszego szmeru, który zniewolił go do obrócenia się na łóżku, leżał, nie śpiąc. Wijąc się w szponach rosnącego strachu, usiłował sam siebie przekonać o jego bezpodstawności; ale mu się to nie udawało. Mówił sobie na próżno: "To nic, to prawdopodobnie wiatr, a może mysz szperająca po strychu, albo ciche ćwierkanie świerszcza". Tak zapewne starał się uspokoić. Ale próżne to były usiłowania. Rozposcierały się nad nim czarne skrzydła, jak ponad duszą ofiary, a straszliwe muśnięcia tych skrzydeł niewidzialnych, pozwalały starcowi wyczuć moją obecność w pokoju, pomimo, że nic nie widział, ani nie słyszał w ciemnności.

         Przez dłuższy czas czekałem cierpliwie w bezruchu. Nie słysząc jednak, żeby się połozył, postanowiłem znów uchyllić nieco zasłony latarni. Nie można sobie wyobrazić, jak cicho i powoli doprowadziłem do chwili, gdy jedyny, cieniutki, jak nicia pajęcza, promyczek zamigotał w szczelinie i padł na sępie oko.

         Spojrzałem. Łypnęło ku mnie spod rozwartej szeroko powieki i wściekłośc moja się wzmogła. Tak wyraźnie widziałem matowy błękit, okryty ohydną zasłoną, że aż dreszcz przeniknął mnie do szpiku kości. Reszta twarzy i kształtów starca tonęła w mroku. Nie mogłem nic więcej rozpoznać. Skierowałem instynktownie promień na upragnione miejsce.

         Powiedziałem już, że moje rzekome szaleństwo polegało jedynie na przeczuleniu zmysłów. Toteż i teraz wdarł mi się do ucha jakiś cichy, głuchy i śpiesznie drgający szmer, jak gdyby ćwierkanie zegarka owiniętego watą. I to znałem. Było to bicie serca mej ofiary, które podsycało mą wściekłość, podobnie jak warkot bębna budzi odwagę w żołnierzu.

         Ale teraz nawet panowałem nad sobą. Ledwie odważyłem się oddychać. Latarnię trzymałem nieruchomo. Próbowałem, jak długo potrafię utrzymać promień na oku. A tymczasem szatańskie bicie serca wzmagało się. Uderzenia stawały się coraz szybsze i głośniejsze. Przerażenie starca musiało już dojść do zenitu. Czy mnie rozumiecie? Powiedziałem, że jestem nerwowy, i jestem nim rzeczywiście. Teraz, o północy, wśród straszliwej ciszy grobowej starego domostwa, owładnął mną pod wpływem tego potężniejącego szmeru niepohamowany strach. Traciłem panowanie nad sobą, a tętno stawało się coraz głośniejsze i zdawało mi się, że mu serce rozsadzi. Nowy strachopanował mnie teraz: może ktoś w sąsiedztwie słyszy ten hałas?! To zdecydowało! Z głośnym krzykiem zerwałem zasłony latarni i wtargnąłem do wnętrza pokoju. Raz, tylko jeden, jedyny raz jęknął. W okamgnieniu ściągnąłem go na podłogę i zwaliłem nań ciężkie poduszki. Potem uśmiechnąłem się z zadowoleniem na myśl, że już tyle uczyniłem. Przytłumione bicie serca dobiegało mnie jeszcze kilka minut. Nie dbałem o to; i tak nie można było usłyszeć tego przez ścianę. W końcu ucichło zupełnie. Starzec nie żył. Usunąłem poduszki i zbadałem ciało. Bez wątpienia był nieżywy - nieżywy, jakby nigdy nie oddychał. Połozyłem mu rękę na sercu i trzymałem ją tak kilka minut. Nie ruszało się. Umarł nieodwołalnie. Jego oko nie mogło mnie już dręczyć.

         Kto zechciałby mnie sądzić o obłąkanie, porzuci chyba tę myśl, gdy opowiem, jakie planowe przygotowania poczyniłem, by ukryć trupa. Noc miała się ku końcowi, a ja pracowałem z milczącym pośpiechem.

         Wyrwałem z podłogi trzy deski i ukryłem zwłoki w zagłębieniu, po czym ulokowałem deski na dawnym miejscu. Niczyje oko - nawet jego - nie odkryłoby jakiejkolwiek zmiany. Nie trzeba też było nic zmywać, nigdzie nie było plamki, nigdzie najmniejszego śladu krwi. Za ostrożny byłem, by do tego dopuścić.

         Gdy uporałem się z tym, była godzina czwarta. Noc była jeszcze zupełnie ciemna. Wraz z uderzeniem zegara, zapukano z ulicy do bramy. Z lekkim sercem wyszedłem ją otworzyć. Mówię z lekkim, bo czegóż miałem się lękać? Weszło trzech ludzi. Z wyszukaną grzecznosścią przedstawili mi się, jako funkcjonariusze policji. Jeden z moich sąsiadów usłyszał w nocy krzyk. Wdawało mu się to podejrzane.

         Dano znać policji i oto przyszła dla przeprowadzenia śledztwa na miejscu.

         Uśmiechnąłem się (czegóż miałem się obawiać?) - i przywitałem serdecznie tych panów. "Krzyk - oświadczyłem - sam we śnie wydałem, a co sie tyczy starca, wyjechał na wieś". Oprowadziłem moich gości po całym domu, zalecając im dokładne drobiazgowe oględziny. Zaprowadziłem ich wreszcie do pokoju staruszka. Tu pokazałem im, że jego mienie jest całkiem nienaruszone. Pod wpływem pewności siebie byłem jak odurzony. Przyniosłem krzesła i skłoniłem przybyszów, by wypoczęli po trudach. W szalonym i zuchwałym przeświadczeniu o zupełnym bezpieczeństwie postawiłem swe krzesło niemal na tym miejscu, gdzie ukryłem zwłoki zamordowanego.

         Plicjanci byli zadowoleni... Moje zachowanie się przekonało ich o mej niewinności, ja sam czułem się doskonale. Usiedli, i podczas gdy wesoło odpowiadałem na ich pytania, rozmawiali ze mną o innych sprawach. Niedługo jednak to trwało. Uczułem, że blednę i życzyłem sobie, by odeszli. Głowa mnie rozbolała i szumiało mi w uszach, a oni siedzieli, siedzieli i rozmawiali dalej. Szum stawał się silniejszy - trwał ciągle i przybierał wyraźniejsze brzmienie. Aby pozbyć się strasznego uczucia, przyłączyłem się swobodnie do rozmowy. Ale szumiący hałas trwał dalej i stawał się coraz wyraźniejszy, aż w końcu przekonałem się, że nie w moich odbywa się uszach. Musiałem teraz zblednąć jak opłatek... Jeszcze więcej i głośniej zacząłem mówić.

         Lecz szum również stawał się głośniejszy - co miałem począć? Był to cichy, przygłuszony, prędki dźwięk - szmer zupełnie podobny do cykania owiniętego watą zegarka. Dech mi zaparło, a urzędnicy nic jeszcze nie usłyszeli. Mówili coraz prędzej i z coraz większym ożywieniem, a szmer stawał się coraz głośniejszy! Wstałem i rozprawiałem o lada błahostkach podniesionym tonem, żywo gestykulując. Nic nie pomagało! Szmer wzmagał się. Czemu, do kroćset, nie odchodzą? Jakby mnie woimi uwagami do wściekłości doprowadzili, biegałem ciężko po pokoju. Wszystko na nic! Hałas wzrastał nieustannie. Boże! Co miałem jeszcze uczynić? Pieniłem się jak wściekły - szalałem i kląłem. Chwyciłem krzesło, na którym siedziałem i uderzyłem nim po deskach, ale hałas sawał się coraz głośniejszy. Zagłuszał wszystko. Głośniejszy, coraz głośniejszy!! A ci ludzie rozmawiali dalej wesoło i uśmiechali się. Czy to możliwe, by nie słyszeli? O, Boże wszechmogący! - nie, nie! Oni słyszeli. Domyślali się związku! Rozumieli znaczenie! - Oni szydzili z mego przerażenia! - Byłem o tym przekonany tak jak dziś. Wszystko inne wydawało mi się wówczas ulgą wobec tej męki duchowej. Wszystko było znośniejsze od szyderstwa.

         Nie mogłem znieść ich obłudnego śmiechu. Zdawało mi się, że umrę, jeśli głośno nie krzyknę: "A teraz - słuchajcie! - (głośniej, i coraz głośniej i głośniej!) - Łotry - wybuchnąłem - nie kłamcie dłużej! Przyznaję się do zbrodni! - Oderwijcie deski! - oto tu, tu! - to bicie jego serca!

Powrót



Serce - oskarżycielem
Edgar Allan Poe

tłumaczenie:  Bolesław Leśmian

         Bez wątpienia - jestem zbyt nerwowy, strasznie nerwowy, zawsze byłem taki... Na jakiej wszakże zasadzie chcecie koniecznie upatrzyć we mnie szaleńca? Choroba zaostrzyła moje zmysły - nie znicestwiła ich - nie przytłumiła. Ponad innymi zmysłami - słuch mój górował niezwykłą czujnością. Słyszałem wszystko, cokolwiek działo się w niebiosach i na ziemi. Słyszałem wieleć z tego, co się działo w piekle. Skądże mi do szaleństwa? Chwila uwagi! Baczcie jeno, z jakim nadmiarem zdrowia i pogody ducha mogę wam opowiedzieć wszystko, co się stało.
         Określenie tego, jakim sposobem wiadoma myśl powstała pierwotnie w mym mózgu, wymyka się wszelkim możliwościom. Wszakże od chwili powstania myśl ta przebywała we mnie dniem i nocą. Przedmiot? Myśl była bez przedmiotu. Była pozbyta wszelkiej namiętności.
         Lubiłem poczciwego starucha. Nigdy mi nic złego nie uczynił. Nigdy mnie nie uraził. Nie pożądałem zgoła jego złota. Przypuszczenia moje dotyczącą raczej jego oka... Tak, to było to! Miał jedno oko podobne do sępiego - oko płowoniebieskie, bielmem przysłonięte. Ilekroć to oko zwracało się ku mnie, tylekroć krew we mnie stygła, i oto - z wolna - stopniowo - uknuła mi się w głowie zachcianka odebrania starcowi życia, aby w ten sposób raz na zawsze uwolnić się od jego oka.
         Otóż właśnie, tu tkwi sęk! Sądzicie mnie szalonym. Szaleni nie wiedzą nic a nic. Gdybyście mogli jednak podpatrzeć, jak sprawnie działałem! - jak ostrożnie, jak zapobiegliwie, jak przebiegle zakrzątnąłem się dokoła mej roboty! Nigdy nie byłem dla starucha tak uprzejmy, jak w ciągu całego tygodnia, który poprzedzał spełnienie morderstwa. I co noc - około północy - pokręcałem zasuwę jego drzwi - i otwierałem je - o, jakże bezszmernie! I w chwili, gdym uchylał drzwi na objętość mej głowy, wsuwałem ślepą latarnię, zamkniętą szczelnie, szczelnie zamkniętą, wzbraniającą przepustu najmniejszemu promieniowi - w ślad za nią wtłaczałem głowę. O, moglibyście się uśmiać, widząc, jak zręcznie wtłaczałem głowę. Nadawałem jej ruch powolny, bardzo, bardzo powolny, by nie zakłócić snu starca. Dobrą godzinę musiałem tracić na przewleczenie mej głowy poprzez otwór tak daleko wgłąb, aby go oglądać zmożonego snem na łóżku. Szaleniec - czyż zdobyłby się na taki rozsądek? I w chwili, gdy głowa moja przebywała goła w pokoju, odsłaniałem lararnię spokojnie, ostrożnie - o, jakże ostrożnie, jak ostrożnie! Zawiasa bowiem powrzaskiwała. Odsłaniałem jeno tyle, ile było trzeba, ażeby jedna, niepochwytna nić światła trafiła do sępiego ślepia. I w tej czynności ćwiczyłem się przez siedem długich nocy - co noc - o samej połnocy, lecz zastawałem zawsze ślepie zamknięte, nie mogłem przeto dopełnić mego zamiaru, nie starzec bowiem mnie męczył, lecz jego Złe Oko. I co rano, gdy dzień świtał, wchodziłem bezczelnie do jego pokoju, zawiązywałem z nim śmiało rozmowę, nazywając go po imieniu głosem serdecznym i zapytując, jak spędził noc. Owóż - wyznajcie, że staruch - zaprawdę - musiałby chyba posiadać duszę nadzwyczaj przenikliwą - aby wpaść na domysł, że co noc o samej północy badam go, zdjętego snem.
         Ósmej nocy powziąłem większą jeszcze baczność przy rozwieraniu drzwi. Mniejsza wskazówka zegara szybciej się porusza, niźli wówczas dłoń moja. Nigdy, do czasu tej nocy, nie odczułem tak w pełni mych sił - bystrości mego umysłu. Pomyśleć jeno, żem był tuż, ja - cierpliwy rozwieracz drzwi - a jemu nawet nie śniło się o tym, co czynię i co zamierzam potajemnie! Na myśl o tym - uroniłem nieco śmiechu - i, być może, starzec mnie posłyszał, gdyż znienacka poruszył się na łożu, jakby się ocknął. W takiej chwili - sądzicie zapewne, że się cofnąłem? - Bynajmniej! Pokój jego był czarny niby smoła - tak się w nim zagęstwiły cienie - okiennice bowiem z obawy złodziei były starannie zamknięte; tedy wiedząc, że starzec nie może dojrzeć półrozwarcia drzwi, rozchylałem je nadal coraz więcej, coraz szerzej. Przesunałem już mą głowę i dotarłem do chwili osłonięcia latarni, gdy duży mój palec pośliznął się na blaszanym zamku i starzec, wyprostowawszy się na łóżku, zawołał: "Kto tam?" Znieruchomiałem całkowicie i nie odrzekłem nic. Przez godzinę całą nie poruszyłem ani jednym ścięgnem i przez cały ten czas nie słyszałem, aby się do snu ponownie układał. Trwał wciąż w postawie siedzącej, na czatach - zupełnie tak samo jak ja, gdy po całych nocach nasłuchiwałem świerszcza, ukrytego w murze.
         Lecz oto posłyszałem wątły jęk i wnet poznalem, że był to jęk śmiertelnego przerażenia. Nie był to jęk bólu ani rozpaczy - o, nie! Był to głuchy i zdławiony wydech, który się dobywa ze dna duszy, zmiażdżonej przestrachem. Znałem dobrze ów wydech. Przez wiele nocy o samej północy, gdy spał świat wszystek, wyrywał się on z mej własnej piersi, wyotchłaniajac swym straszliwym echem widma trawiących mię przerażeń. Powtarzam: znałem go dobrze. Wiedziałem, czego doznawał starzec, i czułem dlań litość, chociaż się śmiało coś w mym sercu. Wiedziałem, że trwa ockniony od chwili pierwszego, maluczkiego szmeru, gdy się przewracał na łożu.
         Lęk jego wciąż się wzmagał. Starał się, ale nie mógł przekonać siebie samego, że lęk to bez przyczyny. Mówił sam w sobie: "To nic innego, jeno wiatr w kominie - to tylko mysz przemknęła wzdłuż podłogi" - albo: "to tylko świerszcz zazgrzytał".
         Tak, silił się dodać sobie otuchy takimi domysłami, ale to  w s z y s t k o  b y ł o  n a d a r e m n e.  Wszystko było nadaremne, albowiem śmierć, która się zbliżała, przeszła obok niego ze swym wielkim, czarnym cieniem i spowiła weń swoją ofiarę. I właśnie żałobna przemoc niewidzialnego cienia zdziałała, iż  w y c z u ł  (chociaż starzec nic nie widział i nie słyszał) pobyt mej głowy w pokoju.
         Przeczekawszy czas długi - bardzo cierpliwie i nie słysząc, aby się do snu ponownie układał, postanowiłem odsłonić z lekka latarnię; lecz tak z lekka, tak z lekka, jakby wcale nic. Odsłoniłem ją wreszcie tak niepostrzeżenie, tak niepostrzeżenie, że trudno to sobie nawet wyobrazić, aż w końcu samotny, blady promień, na kształt nici pajęczej, wysnuł się ze szczeliny i padł na sępie oko.
         Rozwarte było, na oścież rozwarte i wpadłem we wściekłość w tej samej chwili, gdy je ujrzałem. Ukazało mi się z doskonałą jasnością - całe - w zadymce błękitnej i powleczone pokalaną błoną, której widok zmroził mnie aż do szpiku kości. Z całej twarzy jednak i z całej postaci starucha nie mogłem dojrzeć nic, prócz tego, com zobaczył. Skierowałem bowiem promień, jakby pod wpływem instynktu, nie gdzie indziej, jeno właśnie w samo sedno przeklętego miejsca.
         Otóż tedy - czyż wam nie nadmieniłem, że to, co uważacie za szaleństwo, jest jeno przeczuleniem zmysłów?
         Otóż - powiadam wam - dotknął mych uszu głuchy, zdławiony, częstotliwy szmer, podobny do tego, który wytwarza zegarek, owinięty w watę.  D ź w i ę k   ó w  - poznałem tak samo i niezgorzej... było to bicie serca w piersi starucha. Dźwięk ów wzmógł moją wściekłość, na kształt uderzeń bębna, które podjudzają odwagę żołnierza. Wszakże pohamowałem się raz jeszcze i trwałem nadal bez ruchu.
         Oddychałem z trudnością. Znieruchomiłem w dłoni latarnię. Sposobiłem się do utrwalenia promyka wręcz - na samym ślepiu. A jednocześnie serce biło na alarm coraz mocniej. Uderzenia jego nabierały co chwila pośpiechu i nabierały co chwila odgłosu.  W e d ł u g   m u s o w e g o   p r a w d o p o d o b i e ń s t w a  - przerażenie starca dosięgało kresów ostatecznych. Odgłos owych uderzeń z każdą chwilą - powtarzam - stawał się mocniejszy i mocniejszy! Uważnież mnie słuchacie? Wszakże was uprzedziłem, że jestem nerwowy, i rzeczywiście - jestem nerwowy.
         I oto - w pełni nocy, wpośród przeraźliwego milczenia tego starego domostwa - ów tak osobliwy szmer poraził mnie niepokonanym lękiem. W przeciągu kilku mgnień następnych wściągałem się i trwałem nieporuszenie. Lecz odgłos uderzeń wciąż wzmagał się i wzmagał. Zdawało mi się, że serce pęknie. I oto ogarnęła mnie troska nowa! Dźwięk ów mógł dolecieć uszu sąsiada! Godzina starca wybiła! Wyjąc w niebogłosy, odsłoniłem nagle latarnię i wdarłem się do pokoju. Staruch wydał jeden okrzyk - jeden - jedyny. W oka mgnieniu cisnąłem nim na oślep o podłogę i przytłoczyłem go całym miażdżącym ciężarem łoża. I tu się dopiero uśmiechnąłem radośnie na widok tak wynagrodzonych trudów. Lecz przez kilka minut serce się ozywało zakapturzonym wydźwiękiem. Ta wszakże okoliczność nie trwożyła mię zgoła, nikt bowiem nie mógł poprzez mury dosłyszeć owego wydźwięku. A i ten się z wolna uciszył. Staruch był martwy. Podniosłem łoże i zbadałem ciało. Tak, na miejscu padł trupem - na miejscu. Przyłożyłem mu dłoń do serca i przetrzymałem ją tam kilkanaście minut. Ani śladu tętna. Padł trupem na miejscu. Odtąd już jego ślepie nie będzie mnie dręczyło.
         Jeśli trwacie w przekonaniu, że jestem szalony - przekonanie owo pierzchnie, gdy wam opiszę, jakich przebiegłych sposobów użyłem dla ukrycia trupa. Noc nadchodziła, a ja pracowałem pośpiesznie, chociaż w milczeniu. Odciąłem głowę, a potem ręce - a potem - nogi.
         A potem wyłamałem trzy deski z podłogi i złożyłem wszystek zespół pomiędzy dranicami. A potem przystosowałem deski do dawnego miejsca tak zręcznie, tak chwacko, że żadne oko ludzkie - nawet  j e g o   o k o  - nie mogłoby dojrzeć nic podejrzanego. I nic nie było do zmycia, ani jednej plamy, ani jednego śladu krwi. Byłem zbyt z tym zapobiegliwy. Nic nie zostało na dnie pełnego przed chwilą cebrzyka! Cha, cha!
         Gdy dokonałem tych wszystkich zabiegów, była godzina czwarta i ciemno, jak o północy. Podczas gdy zegar wydzwaniał godzinę, zapukano do drzwi od ulicy. Lekko mi było na sercu, gdy szedłem otworzyć - czegóż bowiem bać się mogłem -  o b e c n i e?  Weszło trzech ludzi, którzy z przedoskonalonym ugrzecznieniem przedstawili mi się jako urzędnicy policyjni. Pono ktoś z sąsiadów słyszał nocą jakiś okrzyk, dzięki temu powstało podejrzenie, że zaszło coś złego - podano wiadomość do biura policji - i ci panowie (urzędnicy) przybyli właśnie, jako wysłańcy, gwoli zbadania miejsca.
         Uśmiechnąłem się - jakież bowiem miałem powody do obaw? Gościnnie powitałem tych jegomościów. "Co do krzyku - rzekłem - sam właśnie przez sen krzyknąłem. Stary zaś człeczyna - dorzuciłem - udał się w podróż po kraju." Oprowadziłem mych gości po całym domu. Prosiłem, aby wszędzie zajrzeli i aby zajrzeli  d o k ł a d n i e.  Wreszcie wprowadziłem ich do  j e g o  pokoju. Pokazałem im cały jego dobytek w zgoła bezpiecznym schronieniu i w bezwzględnym ładzie. Przesadzając w zapale ufność we własne siły, wniosłem krzesła do pokoju i prosiłem ich, aby spoczęli, podczas gdy sam z zawrotną odwagą zupełnego tryumfu utwierdziłem swe krzesło w tym samym właśnie miejscu, gdzie były ukryte zwłoki ofiary. Urzędnicy wykazali zadowolenie. Przekonało ich moje postępowanie. Czułem osobliwy błogostan. Usiedli i zagaili rozmowę byle jakiej treści, ja zaś wesoło im odpowiadałem. Lecz po upływie pewnego pewnego czasu poczułem, że blednę, i pożądałem w duszy ich odejścia. Począł mię dręczyć ból głowy i zdawało mi się, że mi dzwoni w uszach. Oni wszakże nie powstali z swych siedzeń i rozmawiali nieustannie. Dzwonienie wyraźniało. Trwało wciąż i wyraźniało coraz bardziej. Wzmogłem swoją gadatliwość, aby się odczepić od owego wrażenia. Lecz dzwoniło dobitnie i przybrało cechy zgoła nieodparte, aż w końcu wykryłem, że to nie w uszach moich dzwoni.
         Bez wątpienia - bardzo wówczas pobladłem. Lecz gawędziłem ze zdwojoną jeszcze płynnością i głosem podniesionym. Dźwięk wciąż się rozrastał - co miałem począć? Był to  s z m e r  g ł u c h y,  z d ł a w i o n y,  c z ę s t o t l i w y,  s z m e r  n i e z w y k l e  p o d o b n y  d o  t e g o,  k t ó r y  w y t w a r z a  z e g a r e k,  o w i n i ę t y  w  w a t ę.
         Oddychałem z trudnością. Urzędnicy nie słyszeli jeszcze. Zacząłem gadać szybciej i z większą gwałtownością, ale szmer wzmagał się nieustannie. Wstałem i wszcząłem spór o jakieś drobnostki w tonie wielce wzniosłym, z przydatkiem gestów popędliwych, lecz szmer się wzmagał - wzmagał nieustannie. Czemuż ci ludzie nie  c h c ą  stąd odejść? Tam i sam - ciężkimi i wielkimi krokami zacząłem odmierzać pokój, jakby rozjątrzony uwagami moich rozmówców. Lecz szmer wzrastał miarowo. O Boże! Cóż miałem począć? Burzyłem się - plotłem trzy po trzy - przeklinałem. Poruszałem krzesłem, na którym siedziałem, szurałem nim po podłodze. Wszakże szmer wciąż trwał i wzmagał się bez końca. Krzepnął coraz bardziej - coraz bardziej i wciąż coraz bardziej. A goście wciąż gadali - i uśmiechali się - i żartowali. Możliweż-to, że nic nie usłyszeli? Boże wszechmogący! Nie, nie! Słyszeli! - Domyślali się! -  W i e d z i e l i!  Bawili się jeno moim przerażeniem! Tak pomyślałem - i dotąd jeszcze tak myślę. Wszystko byłoby łatwiejsze do zniesienia, ogrom tego pośmiewiska. Nie mogłem znieść dłużej tych uśmiechów! Uczułem, że albo krzyczeć muszę, albo skonać! I teraz jeszcze - czy słyszycie? - Nasłuchujcie! Coraz głośniej, coraz głośniej, wiecznie głośniej,  w i e c z n i e  g ł o ś n i e j! 
         - "Nikczemni! - krzyknąłem - Nie udawajcie dłużej! Wyznaję wszystko! Zerwijcie te deski! To - tam! To - tam! To - trzepot  j e g o  straszliwego serca!"

Powrót