Opowiadania



Sfinks
Edgar Allan Poe

tłumaczenie:  Krystyna Tarnowska

         Gdy w Nowym Jorku wybuchła straszliwa epidemia cholery, mój kuzyn zaprosił mnie do siebie na wieś, gdzie w ciszy i odosobnieniu jego cottage orné nad brzegiem Hudsonu spędziłem dwa tygodnie. Mieliśmy tu wszystkie rozrywki, jakich dostarczyć może lato na wsi. I czas naprawdę upływałby nam mmiło na włóczęgach po lesie i rysowaniu pięknych krajobrazów, na przejażdżkach łodzią, rybołóstwie i kąpielach w rzece, na muzyce i czytaniu - gdyby nie przerażające wieści, które co rano docierały do nas z ludnego miasta. Co dnia dowiadywaliśmy się o śmierci kogoś spośród naszych znajomych. Potem, gdy wzmogła się groza, przywykliśmy co dzień oczekiwać wiadomości o stracie któregoś z naszych przyjaciół. W końcu drżeliśmy na widok każdego posłańca. Samo powietrze napływające ku nam z południa zdawało się być przepojone śmiercią. Ta jedyna straszna myśl owładnęła moją duszą. Nie mogłem ani mówić, ani myśleć, ani nawet nocą śnić o niczym innym. Mój gospodarz miał temperament mniej pobudliwy, a chociaż sam był ponad miarę przygnębiony, mnie starał się podtrzymać na duchu. Jego intelekt znajdujący silne oparcie w filozofii nie dopuszczał do siebie urojeń. A choć nieobce mu było uczucie trwogi, dla widziadeł kryjących się w jej cieniu nie miał żadnego zrozumienia.

         Starał się wszelkimi sposobami wyrwać mnie ze stanu anormalnej ponurości, jednakże jego wysiłki okazały się daremne, głównie z przyczyny pewnych ksiąg, które znalazłem w domowej bibliotece. Sama ich treść sprawiła, że zakiełkowały ukryte w mojej duszy ziarna odziedziczonych po przodkach zabobonów. Ponieważ czytałem te księgi bez wiedzy mojego kuzyna, ów często nie umiał sobie wytłumaczyć chorobliwego bez mała podniecenia mojej wyobraźni.

         Ulubionym przedmiotem rozmów stała się dla mnie powszechna wśród ludzi wiara w złe i dobre znaki - wiara, której w tamtym i jedynym okresie życia gotów byłem z całą niemal powagą bronić. Prowadziliśmy na ten temat wiele długich i gorących dysput, przy czym kuzyn mój utrzymywał, że taka wiara jest najzupełniej bezpodstawna, ja natomiast dowodziłem, że przekonanie tak powszechne a zarazem tak spontaniczne - to jest, które powstało najwyraźniej bez zewnętrznego podszeptu - musi zawierać w sobie nieodparte elementy prawdy, a co zatym idzie, zasługuje na uznanie.

         Otóż rzecz w tym, że niedługo po moim przyjeździe zdarzył mi się wypadek tak niewytłumaczony i tak złowróżbny, że traktując go jako omen mogłem doprawdy znaleźć dla siebie pewne usprawiedliwienie. Przygnębił mnie, a jednocześnie oszołomił i zadziwił, toteż upłynęło wiele dni, zanim zdobyłem się na opowiedzenie o nim kuzynowi.

         Późnym popołudniem pewnwgo upalnego dnia siedziałem z książką przy oknie, skąd ponad brzegami rzeki roztaczał się widok otwarty na odległe wzgórze, którego stok ku mnie zwrócony ogołociło z wszystkich niemal drzew osunięcie się ziemi. Myślami przenosiłem się wciąż od czytanej książki do pobliskiego miasta, pogrążonego w beznadziejności i rozpaczy. A gdy w pewnej chwili podniosłem oczy znad książki, wzrok mój padł na nagi stok wzgórza, na nim zaś - na nim ujrzałem jakąś żywą poczwarę odrażających kształtów, która z ogromną prędkością przebyła drogę od szczytu do podnóża góry, gdzie zniknęła w gęstym lesie. Zobaczywszy owego stwora w pierwszej chwili zwątpiłem we własne zmysły, a w każdym razie w świadectwo własnych oczu; i wiele minut upłynęło, zanim zdołałem samego siebie przekonać, że ani nie jestem szalony, ani nie śnię. Ale lękam się, że kiedy opiszę poczwarę (widziałem ją wyraźnie i obserwowałem uważnie, gdy odbywała drogę w dół stoku), moim czytelnikom będzie jeszcze trudniej niż mnie uwierzyć w to, co zobaczyłem.

         Porównując rozmiary monstrum z grubością pni drzew, obok których przechodziło (owych nielicznych olbrzymów puszczy, które podczas obsunięcia się ziemi uniknęły zagłady), doszedłem do wniosku, że jest znacznie większe od największych okrętów liniowych. Wspomniałem o okręcie liniowym, ponieważ kształt stwora przywodził na myśl właśnie okręt, przy czym wielkość kadłuba któregoś z naszych siedemdziesięcioczterodziałowców może dać dośc trafne pojęcie o jego konturach. Pysk zwierzęcia mieścił się na końcu trąby długości sześćdziesięciu lub siedemdziesięciu stóp, o obwodzie jednak dorównującym cielsku przeciętnego słonia. U nasady trąby wyrastała kępa czarnych zmierzwionych kłaków - więcej tego było, niżby dostarczyć mogła sierść dwudziestu bawołów; spośród tych kłaków sterczały ukośnie w dół lśniące kły podobne do szabli odyńca, niepomiernie jednak większe. Równolegle z trąbą, po obu jej bokach, biegły dwa gigantyczne pręty z czystego kryształu, długości trzydziestu lub czterdziestu stóp, uformowane na wzór doskonałego graniastosłupa. Odbijały się w nich przecudownie promienie zachodzącego słońca. Kadłub miał kształt stożka wierzchołkiem zwróconego ku ziemi, wyrastały zaś z niego dwie pary skrzydeł, jedna para umieszczona tuż nad drugą, przy czym długośc każdego skrzydła wynosiła blisko sto jardów; skrzydła te pokryte były grubą warstwą metalicznej łuski, składającej się z cząstek o średnicy najmniej dziesięciu stóp. Zauważyłem, że górne skrzydła połączone są z dolnymi za pomocą grubego łańcucha. Jednakże najbardziej zaskakiwała w wyglądzie tego szkaradnego stwora umieszczona na piersiach podobizna trupiej czaszki, wyrysowana olśniewająco białą krechą na tle ciemnego tułowia z taką dokładnością, jakby rysunek był dziełem artysty.

         A gdy wpatrywałem się w to straszliwe zwierzę, zwłaszcza zaś w trupią czaszkę na jego piersiach - z przerażeniem i grozą, a także z przeczuciem nadchodzącego nieszczęścia, którego rozum nie był zdolny zagłuszyć - nagle spostrzegłem, że potężne szcęki na końcu trąby rozwierają się i w tej samej chwili usłyszałem głos donośny i rozpaczliwie smutny, brzmiący mi w uszach niczym pogrzebowy dzwon. Potwór zniknął wśród lasów na dole, a wtedy ja padłem na ziemię zemdlony.

         Gdy odzyskałem przytomność, pierwszą moją myślą było powiedzieć kuzynowi o wszystkim, co widziałem i słyszałem; nie potrafię jednak teraz wytłumaczyć, jakie to uczucie niechęci powstrzymało mnie od tego kroku.

         Minęło killka dni i siedzieliśmy pewnego popołudnia w pokoju, w którym ujrzałem po raz pierwszy zjawę - ja na tym samym co wtedy miejscu przy oknie, ontuż obok, wygodnie rozparty na sofie. Czas i miejsce narzuciły mi pewne skoarzenia i pod ich wpływem obudziło się we mnie pragnienie opisania mu stwora. Wysłuchał mnie do końca; najpierw śmiał się serdecznie, potem raptownie i gwałtownie spoważniał, jak gdyby mój obłęd był pewnikiem nie dopuszczającym żadnych wątpliwości. W tym samym momencie ponownie ujrzałem straszne monstrum, wskazałem mu je więc, podczas gdy z piersi wyrwał mi się okrzyk trwogi. Kuzyn mój spojrzał żywo i wytężył wzrok, twierdził jadnak, że nic nie widzi - chociaz opisałem mu dokładnie drogę po której obmierzły stwór zdążał w dół nagiego zbocza.

         Moje przerażenie było teraz bezgraniczne, uznałem bowiem, że widziadło jest albo zapowiedzią mojej rychłej śmierci, albo - co gorsza - zbliżającego się ataku szaleństwa. Zrospaczony padłem na krzesło i ukrywszy twarz w dłoniach trwałem tak kilka minut. Gdy ponownie spojrzałem, zjawy nie było już na stoku.

         Tymczasem mój gospodarz, opanowawszy się najwyraźniej, zaczął mnie zasypywać drobiazgowymi pytaniami co do kształtów zjawy. Kiedy zaspokoiłem jego ciekawość w tym względzie, westchnął ciężko, jak gdyby spadł mu z piersi jakiś nieznośny ciężar, i ze spokojem, który mnie się wydał okrutny, rozpoczął ze mną dyskusję na temat rozmaitych a przedtem przez nas poruszanych zagadnień z dziedziny filozofii spekulatywnej. Pamiętam, iz między innymi ze szczególną mocą obstawał przy twierdzeniu, że głównym źródłem omyłek we wszelkich dociekaniach jest pewna skłonność umysłu ludzkiego do niedoceniania lub też przeceniania ważności przedmiotu przez wadliwe obliczenie jego odległości.
         - Na przykład, aby ocenić właściwie - rzekł - wpływ, jaki na całą ludzkość wywrze kiedyś ostateczne zwycięstwo i ustalenie się demokracji, należy w rachunku koniecznie wziąć pod uwagę czynnik odległości epoki, w której takie ustalenie się idei demokratycznych zostanie przypuszczalnie osiągnięte. Czy jednak zdołasz mi wymienić jednego chociaż pisarza poświęcającego swe pióro zagadnieniom rządzenia, który uznałby, że ten szczególny problem wart jest w ogóle dyskusji?
         Tutaj umilkł na chwilę, podszedł do szafy z książkami i wyjął z półki popularny podręcznik historii naturalnej. Potem poprosiwszy mnie, abym zamienił z nim miejsce, przez co mógł dojrzeć lepiej drobny druk na kartach książki, usiadł w moim fotelu przy oknie, otworzył gruby tom i podjął rozmowę w tym samym co poprzednio tonie.
         - Gdyby nie zdumiewająca wprost dokładność i drobiazgowość - ciągnął - z jaką opisałeś potworne zwierzę, może nigdy nie byłbym zdolny wyjaśnić ci tej tajemnicy. Pozwól, że najpierw przeczytam odpowiedni dla umysłowości uczniaka opis odmiany Sphinx rodziny Crepuscularia gatunku Lepidoptera rzędu Insecta, czyli owadów. Posłuchaj!
         - Cztery błoniaste skrzydła pokryte barwną łuską o metalicznym lśnieniu; wargi tworzące rurkowatą trąbkę (co jest spowodowane przez wydłużenie się szczęk), po bokach której znajdujemy szczątkowe ślady szczecinowatych macek; dwa różki w kształcie wydłuzonych pałek. Odwłok ostro zakończony. Dawnymi czasy ćma trupia główka wywoływała panikę wśród ciemnoty ludzkiej, a to z powodu melancholijnego jakby okrzyku, który z siebie wydaje oraz rysunku przypominającego trupią czaszkę na pancerzu.
         Tu kuzyn mój zamknął księgę i pochylił się w krześle, siadając dokładnie w tej samej pozie, w jakiej ja siedziałem oglądając poczwarną zjawę.
         - Ach, widzę ją! - zawołał po chwili. - Wchodzi właśnie na stok. Przyznaję, że wygląd ma zaskakujący. Ale mimo wszystko nie jest ona tak duża ani nie znajduje się w takim oddaleniu, jak ci się zdawało, bo gdy ją teraz obserwuję wspinającą się w górę po pajęczynie, którą jakiś pająk zasnuł okno, dochodzę do wniosku, że ma co najwyżej jedną szesnastą cala długości i znajduje się w oddaleniu jednej szesnastej cala od tęczówki mojego oka.

Powrót